
Miejsce to jeden z głównych minusów imprezy. Zbyt mała powierzchnia jak na ilość zaproszonych gości, ścisk, brak powietrza do oddychania, rozpływający się makijaż pań i zapewne niektórych „panów” oraz przepychanki spoconych osobników były nie do zniesienia. Kolekcje absolwentów to drugi minus. Wszystkie pokazane zostały jednym ciągiem w takt zmieniającej się muzyki z wymienieniem w trakcie imienia i nazwiska projektanta, na modelkach i modelach nie mających nic wspólnego z profesjonalnym modelingiem – w większości ich poruszanie się po wybiegu było komiczne, przez co bardzo straciły kreacje na nich prezentowane. Rozumiem, że dla większości tych młodych projektantów było to pierwsze tak poważne przedsięwzięcie w jakim brali udział. Niestety, nie do przyjęcia jest dla mnie brak wspólnego mianownika i inspiracji w kolekcji. Tworząc mini kolekcję składającą się z 8-10 modeli, najważniejszą rzeczą dla mnie jest połączenie w całość danych kreacji. A tu zobaczyłem w większości „pchli targ”, składający się z tego co projektant miał w głowie podczas całej nauki w szkole. Do wyjątków zaliczę jedynie kolekcje Oli Kawałko, Maćka Trzmiela, Edyty Pietrzyk oraz częściowo Magdy Pyrżak i Marty Kuby. Zastanawia mnie też, dlaczego osobom nieświadomym dalszego kierunku swojej kariery pozwala się skończyć tak „prestiżową” szkołę? Nie do końca zawinili tu studenci, a raczej ich profesorowie i promotorzy, gdyż to na ich barkach spoczywa wykształcenie nowego talentu modowego w naszym kraju. Pamiętam gdy kilka lat temu sam kończyłem tego typu szkołę w Krakowie (SAPU). Tamtejsi profesorowie przez cały czas trwania nauki wpajali nam jak ważna jest konstrukcja, wykończenie, wspólna wizja całości i konsekwencja. Niestety warszawskiej szkole tego brakuje, a szkoda bo stolica daje tutaj mnóstwo możliwości, które są przez MSKPU nie wykorzystane. Mimo to, nadal będę wierzył w zapał i kreatywność studentów projektowania ubioru, bo tak naprawdę dopiero wieloletnie doświadczenie wykształci w nich odpowiednie spojrzenie na modę.